niedziela, 28 czerwca 2015

Prologue

-Skarbie, tak strasznie cię przepraszam.
Tak bardzo chciałam się odwrócić i powiedzieć mu, że nic się nie stało. Tak jak to robiłam za każdym razem. Już tak dłużej nie mogłam. To sprawiało mi za duży ból. Tylko czy zakończenie nie sprawi mi jeszcze większego? To już mnie nie obchodzi. Ja już tak dłużej nie mogę. Po prostu z tym skończę. Tak dam sobie radę.
-Nie tym razem. Nie przepraszaj mnie po raz tysięczny. Te słowa wypowiedziane z twoich ust już chyba nic nie znaczą. Może nigdy nie znaczyły, tylko byłam zbyt głupia, żeby to zauważyć.-szybko wytarłam łzę spływającą po moim policzku. On nie może jej zobaczyć. Nikt nie może. Nikt nie może się dowiedzieć, że tak naprawdę jestem krucha. Tylko, że on to już chyba wie.
-Tym razem jest inaczej. Proszę, spójrz na mnie.
Boże, jego głos. Ile ja bym dała, żeby był okropny, żebym nie czuła tego  uczucia w brzuchu, od razu kiedy otworzy usta. Ile ja bym dała, żeby on cały był obrzydliwy. Może wtedy by tak na mnie nie działał. Może wtedy byłoby łatwiej.
Słyszę jego kroki.
Wdech, Wydech Mel.
Pamiętaj, żeby oddychać.
Jego kroki są coraz bliżej. Są tak powolne, że niemal myślę, że pomiędzy nami są kilometry. Czuję jego oddech na swojej szyi. Jego klatka piersiowa dotyka moich pleców. Stoję jak wryta, nie mogę się ruszyć. Czemu on tak na mnie działa. Nie ważne co zrobi, moje ciało i tak na niego reaguje.
Odwrócił mnie do siebie przodem i podniósł mój podbródek, abym na niego spojrzała. Jednak usilnie patrzyłam na szafkę stojącą za nim. Podniósł rękę i założył moje włosy za ucho. Ten gest sprawił, że w końcu moje spojrzenie trafiło na jego.
W jego oczach było tyle bólu, ale na pewno nie tak dużo jak w moim sercu.
-Proszę. To był ostatni raz.- mówi tak za każdym razem-Już więcej tego nie zrobię.
-Nie rozumiesz? Ja już nie potrafię cie wierzyć. Zniszczyłeś mnie. Każdą małą cząsteczkę, która tak usilnie broniła się przed tobą. Każdy centymetr mojego ciała.
-Mel, proszę.
Szybko zamknęłam oczy, aby żadna łza się z pod nich nie wydostała. Objął moją twarz dłońmi.
Cofnęłam się o krok. Chcę być jak najdalej od niego. Jeszcze mu wybaczę. Nie mogę. Nie tym razem. Ja już po prostu nie daję rady. Każdy kawałek mojego ciała go kocha.  Moje całe serce jest zajęte przez niego, ale ta miłość jest destrukcyjna.
Szybko odsunęłam się dalej i ruszyłam w stronę schodów. Kątem oka zobaczyłam, że Cody nie ruszył się nawet z miejsca, gdzie przed chwilą staliśmy. Patrzył przed siebie jakbym tam nadal stała.
Wbiegłam po schodach, aby nie mieć więcej czasu na patrzenie na niego. Szybko wyciągnęłam z szafy walizkę i wrzuciłam do niej najpotrzebniejsze rzeczy.
Muszę stąd wyjść. Jak najszybciej. Inaczej jeszcze zmienię zdanie. Biorę walizkę do ręki i schodzę po schodach.
Cody siedzi na kanapie i patrzy w nieistniejącą przestrzeń. Jednak kiedy słyszy moje kroki od razu się odwraca i wstaje. Patrzy raz na moją walizkę, raz na mnie. Jego spojrzenie. Jego oczy są jak ocean cierpienia. Ocean, w którym kiedyś bez problemu mogłam się utopić. Teraz na to nie mogę pozwolić. Szybko kieruję się do drzwi. Nie podnosząc głowy otwieram je i wychodzę. W ostatnim momencie odwracam się i patrzę na niego. To właśnie wtedy z moich oczu wydobyła się łza rozpaczy, a potem następna. Szybko zamykam drzwi, żeby nie mógł zobaczyć, jak przez niego rozpadam się na małe kawałki. Jednak mam wrażenie, że ten najważniejszy kawałek został właśnie za tymi drzwiami, które właśnie zamknęłam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz